01 czerwiec 2018

Wielki mały człowiek

Od lat mówi się, że tenis to dyscyplina sportu, w której ogromne znaczenie odgrywają warunki fizyczne. O tym, że wielki sukces da się osiągnąć także bez nich od jakiegoś czasu udowadnia nam Diego Sebastian Schwartzman. Argentyńczyk ma zaledwie 170 cm wzrostu, a znajduje się obecnie na dwunastym miejscu w rankingu ATP. Podziwiając kolejne wyczyny tego zawodnika do głowy przychodzą słowa piosenki zespołu „Dwa Plus Jeden”. Bo w tym przypadku na korcie przed nami naprawdę stoi wielki mały człowiek.

Diego Sebastian Schwartzman przyszedł na świat 16 sierpnia 1992 roku w Buenos Aires. Jak wielu jego rodaków, od dziecka pasjonuje się piłką nożną. Szczególne miejsce w jego sercu zajmuje drużyna Boca Juniors, a sportowym idolem jest legendarny zawodnik tego klubu – Juan Roman Riquelme. Młody Diego (imię dostał po Maradonie) postawił jednak na tenis i zdecydowanie częściej niż na zielonym boisku piłkarskim można go było spotkać na pomarańczowych kortach. Nawet wtedy, gdy w wieku 13 lat lekarz jasno zakomunikował mu, że nigdy nie urośnie powyżej 170 cm. Złe wieści znacząco go podłamały, ponieważ nastoletni Diego poczuł, że jego nadzieja na wielką tenisową karierę została mu w brutalny sposób odebrana. Znał wielu wysokich zawodników, którzy odnosili sukcesy dzięki warunkom fizycznym czy sile serwisowej, a tych niskich w czołówce było z kolei jak na lekarstwo. Wydawało się, że jego wspaniała przygoda ma się zakończyć zanim się na dobrą sprawę rozpoczęła.

Wieczorna bitwa z Panfilem

Z pomocą, jak to się często dzieje w życiu, przyszła mama. Silvana Schwartzman zmotywowała syna do dalszej ciężkiej pracy i zapewniła go o swoim przekonaniu, że Diego będzie świętował w życiu wielkie, tenisowe sukcesy. Młody zawodnik, świadomy już tego, że będzie musiał wykorzystywać na korcie nieco inne atuty niż jego rywale, zakasał rękawy i wziął się do roboty.  Cztery lata po pamiętnej diagnozie Schwartzman osiągnął status profesjonalisty i na dobre rozpoczął startowanie w zawodowych turniejach (2009 r.). Przez kolejnych pięć sezonów zdobywał bezcenne doświadczenie i metodą małych kroków zmierzał w stronę pierwszej setki rankingu ATP. Jednym przystanków podczas tego marszu okazał się Szczecin. We wrześniu 2013 roku Diego, sklasyfikowany wówczas na 137. pozycji, zgłosił się do udziału w Pekao Szczecin Open i został rozstawiony z numerem piątym. W pierwszej i drugiej rundzie naszego challengera Schwartzman odprawił bez straty seta Włochów Alessio Di Mauro oraz Marco Cecchinato. W ćwierćfinale na Argentyńczyka czekał grający wówczas swój turniej życia Grzegorz Panfil.

Powiedzieć, że tamto spotkanie było emocjonujące, to jak nie powiedzieć zupełnie nic. Obaj tenisiści stworzyli w piątkowy wieczór fenomenalny spektakl, a kibice oklaskiwali ich na stojąco. Panfil każdego z trzech setów zaczął od przełamania, ale tylko raz udało mu się dowieźć tę przewagę do końca partii. Mecz był pełen zwrotów akcji, ale ostatecznie minimalnie lepszy okazał się Schwartzman, który zwyciężył 6:4, 3:6, 7:5 i zapewnił sobie miejsce w półfinale imprezy. Tam Argentyńczyk musiał jednak uznać wyższość Ołeksandra Niedowiesowa (późniejszego mistrza) i zakończył udział w turnieju z wynikiem 7:6, 2:6, 3:6. Awans do najlepszej czwórki Pekao Szczecin Open pozwolił mu jednak na awans w rankingu i zbliżenie się do bram pierwszej setki rankingu ATP. Ostatecznie upragniony cel udało mu się zrealizować dziewięć miesięcy później, w czerwcu 2014, kiedy to został sklasyfikowany na 96. miejscu wśród światowych singlistów.

Wielkoszlemowa ósemka

Na pierwszy tytuł mistrzowski imprezy ATP Schwartzman musiał poczekać jeszcze prawie dwa lata. 1 maja 2016 roku Argentyńczyk pokonał w finale turnieju w Stambule Grigora Dimitrowa (6:7, 7:6, 6:0) i tym samym znacząco wzbogacił swoje tenisowe CV. W tym samym roku udało mu się jeszcze raz dotrzeć do finału, ale w październiku w Antwerpii lepszy okazał się Richard Gasquet (7:6, 6:1), czyli aktualny mistrz Pekao Szczecin Open.  

W lutym 2017 roku Diego przekroczył kolejną symboliczną barierę i wskoczył do pierwszej pięćdziesiątki rankingu. W tym samym sezonie Schwartzman osiągnął swój największy sukces wielkoszlemowy. Podczas US Open tenisista z Buenos Aires pokonał w czterech setach Marinia Cilicia (byłego mistrza tego turnieju) i swój występ w Nowym Jorku zakończył dopiero na ćwierćfinale. Tam lepszy od niego okazał się inny dobry znajomy ze Szczecina – Pablo Carreno-Busta, który zwyciężył w trzech partiach. Po znakomitym rezultacie w Stanach Zjednoczonych przyszła jeszcze jedna finałowa porażka w Antwerpii (tym razem 3:6, 5:7 z Jo-Wilfriedem Tsongą) i kolejny sezon dobiegł końca.

Rok 2018 zbliża się do połowy, a Schwartzman wciąż zaskakuje i osiąga kolejne świetne rezultaty. W Australian Open skończyło się na czwartej rundzie (przegrana w czterech setach z Rafaelem Nadalem), ale w turnieju ATP 500 w Rio de Janeiro na Argentyńczyka nie było już mocnych. Diego gładko pokonał w finale Fernando Verdasco (6:2, 6:3) i wskoczył do czołowej dwudziestki rankingu ATP. Obecnie zawodnik z Ameryki Południowej zajmuje bardzo wysokie dwunaste miejsce, a w trwającym właśnie Roland Garros został rozstawiony z „jedenastką”. Na razie idzie mu znakomicie – zarówno w pierwszej, jak i drugiej rundzie pozwolił sobie na stratę zaledwie pięciu gemów.

Diego Sebastian Schwartzman to przykład niezwykłej ambicji i determinacji. Argentyńczyk jest żywym dowodem na to, że – mimo niesprzyjających okoliczności – nie można się poddawać i trzeba walczyć o marzenia. Sport kocha piękne historie i dlatego tak pokochał także Schwartzmana. My również trzymamy za niego kciuki i sami jesteśmy ciekawi, czym jeszcze zadziwi nas wielki mały człowiek z Argentyny.